W dniach 26 grudnia 2016 – 1 stycznia 2017, odbyła się najnowsza, czwarta już edycja obozu astronomicznego we Włoszech, organizowanego przez ESO – European Southern Observatory (Europejskie Obserwatorium Południowe). Jeśli chcecie sprawdzić, co trzeba było zrobić, by dostać się na listę składającą się z 53 uczestników z całego świata, polecam zajrzeć do tego artykułu, sprzed kilku miesięcy. Tych którzy będą zainteresowani wzięciem udziału w konkursie na kolejny wyjazd oraz wszystkich, którzy chcą się przekonać o tym, jak wyglądał ten ostatni, zapraszam do mojej relacji!

Przybyłych uczestników witano już na lotnisku Malpensa, położonym tuż obok Mediolanu. Wszystkich, którzy zdążyli już wylądować, kierowano w jedno miejsce, gdzie w oczekiwaniu na busa mogliśmy po raz pierwszy na żywo porozmawiać ze sobą nawzajem. Kilkugodzinny pobyt w strefie oczekiwań był okazją na wzajemną wymianę zdań i doświadczeń z osobami z całego świata. Wspólna rozmowa o teleskopach z osobami z trzech różnych kontynentów, była niezwykłym przeżyciem! A był to zaledwie początek tego, co czekało na nas później…

Po niemal pięciu godzinach oczekiwania na busa, wreszcie wyruszyliśmy do miejsca, o którym wszyscy marzyliśmy od dobrych kilku miesięcy – Doliny Aosty – czyli najwyżej położonego obszaru Włoskich Alp, gdzie mieści się Osservatorio Astronomico dellla Regione Autonoma Valle d’Aosta, które na najbliższe sześć dni miało stać się naszym domem. Podróż, pełna kolejnych dyskusji, żartów i spoglądania na Wenus przez szyby autokaru, potrwała na tyle długo, że na miejsce dotarliśmy już po zmroku. Po wyjściu na zewnątrz otaczała nas niemal całkowita ciemność. W oddali, setki metrów pod nami majaczyły światła skromnego miasteczka, a za nimi, ledwie widoczne, kontury odległych szczytów górskich. Niestety, na możliwość dokładnego obejrzenia tego wszystkie musieliśmy poczekać aż do rana. Po przydzieleniu nam kilkuosobowych pokoi (organizatorzy skrupulatnie dbali o to, aby były jak najbardziej wymieszane narodowościowo) przyszła pora na kolację, powitania i zapoznawanie się z planami zajęć na nadchodzący tydzień. Rano czekał na nas pierwszy, powitalny wykład. Jednak to nie on wzbudził naszą olbrzymią ekscytację z samego rana. Zrobił to widok, który rozpościerał się z okien hostelu:

Widok na Dolinę Aosty /fot: Kamil Serafin

Dzień rozpoczął się od wykładu na temat spektroskopii, który miał nas przygotować na późniejsze ćwiczenia praktyczne z tym zagadnieniem. Z podnieceniem zebraliśmy się w sali wykładowej, ściskając notesy w rękach, by zacząć wreszcie zapisywać wiedzę, bo którą tu przyjechaliśmy z najróżniejszych zakątków świata. Już pierwsze zajęcia wprowadziły nas w klasyfikację gwiazd, prawa Plancka i podział pasm widmowych. Wiedza parowała nam z głów, a dłonie bolały od ściskania długopisów. W ramach poobiedniej przerwy udaliśmy się na… biegówki! Koniec końców, przebywaliśmy w samym sercu Alp, więc nieskorzystanie z takiej okazji byłoby niewybaczalne. Śniegu jednak było zaskakująco mało, o wiele mniej niż w naszych Tatrach, więc jazda była miejscami dość problematyczna. Korzystaliśmy też z uroków pobliskiego snowparku, gdzie mogliśmy bez ograniczeń korzystać z sanek i stromego stoku. Oczywiście, wszystkie tamtejsze zasady bezpieczeństwa zignorowaliśmy były przez nas ściśle przestrzegane. Nie stworzyliśmy pociągu z kilku osób, grzecznie czekaliśmy na swoją kolej i nie rzucaliśmy w siebie śniegiem. Tak było!

Snowpark /fot: Anna Komarowska

Zmęczeni, ale niezwykle zadowoleni wróciliśmy do hostelu, gdzie czekał nas kolejny wykład. Ważniejsza od niego była jednak mowa powitalna i podział wszystkich pięćdziesięciu trzech uczestników na sześć grup, w których mieliśmy współpracować, wykonując obliczenia, obserwacje i doświadczenia. W mojej drużynie byli również: Mariastella Cascone i Enrico Vaccari z Włoch, Marleen Taal z Holandii, Lara Delbroek z Belgii, Dominika Krawiec z Polski, Muhammad Shaheer Niazi z Pakistanu, Aleix Segui z Hiszpanii, oraz Lara Djelevic z Serbii. Naszym pierwszym wspólnym zadaniem, podczas którego rywalizowaliśmy z resztą grup, było przyporządkowanie kilkudziesięciu gwiazd do odpowiedniej klasy, opierając się na ich widmach absorbcyjnych. Zanim to jednak zrobiliśmy, musieliśmy owe widma zdobyć! W tym celu, udaliśmy się wreszcie do obserwatorium:

Obserwatorium ESO /fot: Kamil Serafin

Możliwość korzystania z najwyższej jakości sprzętu astronomicznego była dla nas nie lada gratką. Olbrzymie teleskopy Cassegraina na elektronicznych montażach paralaktycznych pozwalały na wygodne i przede wszystkim niezwykle dokładne obserwacje. Za pomocą specjalnego oprogramowania (i Painta), wraz z pracownikiem obserwatorium, Davidem, pobieraliśmy widma gwiazd, które (częściowo) sami wybieraliśmy. Po krótkiej obróbce trafiały one do folderu, który mieliśmy później wykorzystać do wspomnianego katalogowania gwiazd.

Katalogowanie gwiazd na podstawie ich widm absorbcyjnych. /fot: Kamil Serafin

Jedynym co stale nam przeszkadzało podczas tych nocnych aktywności, był przenikliwy i niepozwalający się skupić chłód. Niektórzy odchodzili od teleskopów, byle tylko na kilka chwil schronić się w niewiele cieplejszym korytarzu pod dachem obserwatorium. Reszta zostawała na zewnątrz, bezskutecznie próbując opanować szczękanie zębów. Ale było warto, zapewniam Was.

Główny teleskop obserwatorium. Dwie tony wagi. / fot: Kamil Serafin

I tak właśnie mijały nam kolejne dni na obozie. Po śniadaniu wykład, (na którym wszyscy byliśmy zawsze zaspani) następnie obiad, zajęcia na świeżym powietrzu i kolejny, wieczorny wykład. Wzięliśmy udział w prezentacji na temat obserwacji na różnych długościach fal, podczas którego mieliśmy okazję porównać fotografie wykonane m.in w podczerwieni, ultrafiolecie, świetle widzialnym, promieniowaniu rentgenowskim i długości fal radiowych. Wysłuchaliśmy też wykładu dyrektora obserwatorium na temat jego kilkumiesięcznego pobytu na Antarktydzie! Od pracowników ESO poznaliśmy najważniejsze projekty organizacji, ich cele i perspektywy na przyszłość. Wzięliśmy udział w prezentacji w położonym tuż obok hostelu planetarium (wszyscy podczas niej zasnęliśmy). Otrzymaliśmy też możliwość pracy z profesjonalnym oscyloskopem i anteną. W grupach, mierzyliśmy sygnał, w zależności od kąta odchylenia anteny, by potem przedstawić wyniki swych obserwacji przed resztą uczestników obozu.

Antena doświadczalna / fot: Kamil Serafin

Jedną z największych i najbardziej wyczekiwanych atrakcji była wycieczka pod Matterhorn – jeden z najwyższych szczytów Alp Zachodnich, położony na granicy między Szwajcarią i Włochami. Całodzienna wyprawa zabrała nas pod sam szczyt, do położonej na wysokości 2050 m.n.p.m Cervini, gdzie spędziliśmy niemalże cały dzień. Po wielogodzinnej zabawie na śniegu (czytaj: wzajemnym obrzucaniu się nim), udaliśmy się do pobliskiego miasteczka, by zjeść obiad w miejscowej szkole i powałęsać się po uliczkach, bliźniaczo podobnych do naszych zakopiańskich Krupówek. Udało nam się również wykonać obozowy Manekin Challange!

Ostatnim punktem obozu była impreza sylwestrowa, stanowiąca jednocześnie pożegnanie z kadrą i pozostałymi uczestnikami. Już następnego ranka mieliśmy się rozdzielić na dwie grupy, i odjechać na lotnisko, na które przed sześcioma dniami przybyliśmy. Przedtem jednak, rozpoczęliśmy świętowanie Nowego Roku. Pozbyliśmy się krzeseł z sali wykładowej i rozpoczęliśmy trwające aż do trzeciej w nocy świętowanie.

Rano nadszedł jednak smutny, acz konieczny czas pożegnań. Trudno było się rozstać z nowo poznanymi przyjaciółmi, zdając sobie sprawę, że już za kilka godzin będą nas dzielić setki, tysiące, a w niektórych przypadkach nawet i dziesiątki tysięcy kilometrów. Po zapewnieniu, że wkrótce wszyscy ponownie się spotkamy, odlecieliśmy na cztery strony świata, w drogę powrotną do domu.

Widok z okna samolotu podczas powrotu do Polski. /fot: Kamil Serafin

Doświadczenie zdobyte na obozie zostanie ze wszystkimi uczestnikami ESO Astronomy Camp na zawsze. Jednak to nie ono okazały się dla nas najcenniejsze. Tym, co każdemu udało się zabrać ze sobą do domu, była nie tylko olbrzymia ilość wiedzy, ale przede wszystkim niezapomniane wspomnienia. Nawiązywanie przyjaźni z osobami o podobnych zainteresowaniach i konieczność rozmawiania o nich w języku angielskim, nocne obserwacje z zawsze, ale to zawsze doskonałymi warunkami, piękne widoki dookoła i co najważniejsze, niezwykle przyjazna atmosfera, możliwość podyskutowania z kadrą, którą stanowili głównie naukowcy oraz studenci nauk ścisłych z całego świata… Takich rzeczy się nie zapomina! Dla wielu z nas, dni obozu ESO były najlepiej spędzonym tygodniem życia, podczas którego nauka mieszała się z rozrywką i międzykulturową integracją. Szkoda, że pojechać na niego można tylko raz… Życzę osobom, którym uda się na niego dostać za rok, by bawiły się równie dobrze jak my!

Uczestnicy ESO Astronomy Camp 2016 oraz kadra obozowa /fot: Lara Polo

Autor

Kamil Serafin
Kamil Serafin