Karol Wójcicki – założyciel fanpage’a Z głową w gwiazdach, znany wszystkim popularyzator astronomii i oczywiście prelegent na ostatnim World Space Week we Wrocławiu. Organizuje wspólne obserwacje nocnego nieba na całym świecie, które jednocześnie transmituje na żywo w sieci. Jest też laureatem nagrody Popularyzator Nauki 2015. Karol zgodził się odpowiedzieć nam na pytania dotyczące aktualnych astronomicznych kwestii, które interesują nas zarówno jako pasjonatów tej dziedziny nauki, jako i jako jego fanów.

Ostatnie zaćmienie Słońca wzbudziło duże zainteresowanie, również wśród osób, które nie interesują się astronomią na co dzień. Nagłaśniały je media, było ono wykorzystywane w różnych reklamach, o czym zresztą mówiłeś na swojej prelekcji podczas World Space Week. Uważasz, że takie wykorzystanie zjawisk astronomicznych do celów marketingowych jest dobrym pomysłem?

Myślę, że każdy sposób na popularyzowanie treści astronomicznych, z naszego punktu widzenia, czyli miłośników i popularyzatorów astronomii jest jak najbardziej dobry. Nie widzę żadnych przeszkód w takim użyciu treści astronomicznych. Jeśli ktoś widzi jakiś interes w promocji swojego produktu za pomocą zjawiska zaćmienia Słońca, to jest to mniej więcej ten sam poziom, co wykorzystanie jakiegoś ładnego krajobrazu, widoku drzewa czy zabytku. Myślę, że możemy to uznać za uniwersalne dobro nas wszystkich i jeśli ktoś chce go użyć – bardzo proszę! Być może wtedy widok tego zjawiska lub jakaś naukowa idea będzie w stanie dotrzeć do dużo większej publiczności. Oczywiście, twórca takiej reklamy nie zawsze ma taką chęć, żeby przy okazji popularyzować astronomię, ale wychodzi mu to. Trochę inaczej by to wyglądało, gdyby ktoś postanowił z jakiegoś powodu zawłaszczyć sobie takie wspólne dobro. Z takimi przypadkami mieliśmy już do tej pory do czynienia również w Polsce. Wystarczy wspomnieć, że dwa lata temu pewien przedsiębiorca zajmujący się promocją marek, zarezerwował w urzędzie sformułowanie „deszcz spadających gwiazd”. To popularne hasło było przez pewien czas zastrzeżone znakiem marketingowym i jego wykorzystywanie, głównie przez instytucje zajmujące się popularyzacją nauki i astronomii, według tego przedsiębiorcy, było nielegalne. Wysyłał pisma z pogróżkami. Na szczęście przy takim nacisku medialnym udało się tego człowieka „zachęcić” do rezygnacji z patentu. Na takie sytuacje rzeczywiście trzeba uważać.

Nauka astronomii w naszych szkołach nie jest zbyt dobrze rozwinięta. Czasami uczniowie, którzy są zainteresowani tą dziedziną nauki, wiedzą o wiele więcej od nauczycieli fizyki, którzy często lekceważą ten temat, traktując go jako luźny i niezobowiązujący. Czy jest jakiś sposób, by to zmienić i zachęcić do nauki zarówno jednych, jak i drugich?

Czy w takim razie powinniśmy też w polskich szkołach nauczać na przykład ornitologii, archeologii albo gry na instrumentach? Astronomia jest oczywiście dziedziną nauki, która dla naszej cywilizacji była ważna przez lata. Trzeba natomiast uczciwie odpowiedzieć sobie na pytanie: czy jest sens, uczyć w szkole dzieciaki astronomii w świecie, w którym widok nocnego nieba z miejsc, w których mieszkamy, jest mocno ograniczony? Ponad 90% populacji Europy nie jest w stanie zobaczyć Drogi Mlecznej. To trochę tak, jakbyśmy chcieli uczyć dzieci w dużych miastach właśnie ornitologii, której nie zastosują w praktyce. Jako środowisko astronomiczne trochę za bardzo poświęciliśmy się idei przywrócenia astronomii do szkół, chcąc, by taki przedmiot funkcjonował jako osobny. Co za tym będzie szło? Jaki cel miałoby dzisiaj nauczanie astronomii w szkołach? Świat będzie coraz bardziej związany z kosmosem, ale nie jest to jeszcze przesłanka do tego, by astronomię wprowadzić na stałe do planu lekcji. Co innego nauki, które będą pozwalały odnaleźć się w branży kosmicznej. Programowanie, języki obce, nauki techniczne, wszystko, co przydałoby się przyszłym studentom, którzy chcą zajrzeć w świat budowania satelitów i planowania misji kosmicznych, niekoniecznie patrzenia w niebo. Myślę, że tak jak z każdą nauką, która tyczy się otaczającego nas świata, fajnie jest wprowadzać takie elementy do szkół, inspirować różnymi ciekawymi rzeczami. To oczywiście pole do popisu dla nauczycieli, którzy w dzisiejszych czasach powinni być dużo bardziej przestronni, pokazywać najciekawsze aspekty każdej nauki. Niekoniecznie być w niej ekspertami, ale bardziej popularyzatorami. Chodzi o to, żeby zaszczepili pewne zainteresowanie, wzbudzili ciekawość w uczniach, którzy dalej powinni sami zgłębiać tę wiedzę. Każdy, kto pasjonuje się astronomią, wie, że z łatwością znajdzie interesujące go informacje. Jeśli jednak ktoś tej astronomii ciekawy nie jest, to czy aby na pewno musiałby chodzić na zajęcia astronomiczne w szkole? Ktoś mógłby powiedzieć, że mamy tutaj pewne podobieństwo do kwestii religii i symboli religijnych w szkołach. Jest to daleko idące porównanie, ale wiadomo, o co chodzi. Z drugiej strony, może teraz ornitolodzy powinni się zapytać, dlaczego nie uczymy ornitologii. Takie dyskusje toczą się tylko i wyłącznie w naszych środowiskach, a raczej nie wychodzą poza nie. Myślmy raczej o tym, jak zaciekawić uczniów astronomią, ale nie jak wprowadzić ją na stałe do szkół, gdzie z takiej nauki niewiele by wynikło.

Mówisz o zainteresowaniu uczniów. Jak twoim zdaniem zachęcić szersze grono młodszych i starszych osób do astronomii? Na pewno znajdzie się kilka osób, które swoją przygodą z astronomią rozpoczęły właśnie dzięki zjawisku omawianego wcześniej zaćmienia, nagłośnionego przez media. Jakie sposoby są najlepsze do wciągnięcia kogoś do tej pasji?

Myślę, że najlepiej kogoś zainteresować wciągając go do tej pasji. Zmierzam do tego, że w tym konkretnym przypadku najlepszym sposobem jest zabranie kogoś na oglądanie nieba. Można długo mówić, można występować, można napisać najciekawszą książkę, ale nadal przekazana w ten sposób wiedza nijak się będzie miała…

Do prawdziwych obserwacji?

Do prawdziwych obserwacji, ale przede wszystkim emocji z nich płynących! Jestem przekonany, że w popularyzacji nauki, jedną z najważniejszych rzeczy, o ile nie najważniejszą, wcale nie są merytoryczne informacje (choć oczywiście nie mogą być one błędne), ale właśnie emocje. Pokazanie, jak świetna jest to forma spędzania wolnego czasu, tego, jak można się ekscytować różnymi rzeczami widocznymi na niebie, albo w wielkim napięciu wyczekiwać czegoś, co ma się na nim pojawić. Z tym związane są wszystkie emocje, które jako miłośnicy astronomii doskonale znamy, ale które musimy też przekazać innym, pokazać, dlaczego to jest fajne! Jest taki cytat Richarda Feynmana, fizyka i znanego popularyzatora nauk ścisłych, który mawiał: „Fizyka jest jak seks. Oczywiście ma praktyczne zastosowania, ale nie dlatego to robimy.” Wielkiemu fizykowi uprawianie fizyki sprawiało po prostu wielką frajdę i dzięki temu był skuteczny w zarażaniu tą nauką innych. Ja też wyznaję taką zasadę. Na prowadzonym przeze mnie profilu popularnonaukowym, czyli Z głową w gwiazdach ostatnio coraz częściej stawiam na relacjonowaniu swoich astronomicznych przygód, pokazywania siebie w różnych sytuacjach, podróżach, spotkaniach, którym zawsze towarzyszą pewne emocje. Jestem w stanie przekazać je komuś, kogo łatwiej dzięki temu zainteresować astronomią. Wtedy taka osoba chętniej sięgnie po źródła merytoryczne, bardzo ścisłe, niosące ze sobą dużo informacji, może w mniej atrakcyjnej formie, ale nie trzeba jej będzie już do nich przekonywać. Podsumowując, zabranie kogoś na wspólne obserwacje nieba to jedna z najlepszych metod na popularyzowanie astronomii. Warto w tym miejscu wspomnieć, że nie musimy tego robić dosłownie! Od paru lat staram się tworzyć Z głową w gwiazdach, gdzie wykorzystuję zdobycze technologiczne do wykonywania transmisji na żywo ze swoich obserwacji, pokazywania nieba sobie samemu i przy okazji innym. To też działa. Można zobaczyć, jak takie obserwacje wyglądają, co naprawdę widać w teleskopie, a czego nie, co też jest bardzo istotne. Tak trzeba to robić.

Co się więc Twoim zdaniem powinno pokazać komuś, kogo staramy się zachęcić do astronomii? Co taka osoba musi zobaczyć?

Oczywiście najlepsze zjawiska to te, co do których nie musimy przekonywać…

Że coś jest niezwykłe?

Nie, że coś widać! Zdarza się, że ktoś na pokazach nieba w mieście prosi, żebym wskazał jakąś galaktykę. Jasne, mogę ją wskazać, ale obawiam się, że problem będzie taki, że będzie Ci się wydawać, że ją widzisz lub nie. Ja wiem jak patrzeć, by dostrzec taką galaktykę. Ten rozmyty obiekcik czasem jest fascynujący, ale nie musi wywoływać zachwytu u każdego. Zupełnie inaczej jest z zaćmieniami Słońca, Księżyca, a czasami nawet z deszczami spadających gwiazd i meteorów czy też przelotami satelitów, które mogą pojawiać się niemal na zawołanie. Błysk Iridium albo moment wejścia Międzynarodowej Stacji Kosmicznej w cień Ziemi. Wyczułem, że u ludzi niesamowite emocje wywołuje moment, kiedy dokładnie, odliczając co do sekundy, przewiduję, kiedy lecąca po niebie kropka zniknie! To zawsze robi gigantyczne wrażenie. Mamy na szczęście pulę zjawisk, które dają nam szansę na zobaczenie na niebie czegoś naprawdę fajnego. Wykorzystajmy tę szansę, by zobaczyć to nie tylko w pojedynkę, ale pokazać to też komuś z okolicy – sąsiadowi, rodzinie, znajomym.To chyba działa najlepiej.

Czy irytują cię osoby kompletnie nieobyte w astronomii, które głoszą na przykład teorię płaskiej Ziemi, albo podważają teorię heliocentryczną? Coraz głośniej się o tym mówi, a takich osób jest coraz więcej. Uważasz, że powinno się je piętnować wraz z całym zjawiskiem?

To nie jest tak, że ci ludzie nie mają kompetencji astronomicznych. Oni nie mają po prostu kompetencji naukowych. Wiedza, którą głoszą fani teorii płaskiej Ziemi czy zwolennicy geocentrycznego spojrzenia na Układ Słoneczny, tak naprawdę mają elementarne braki w wiedzy jeszcze z poziomu podstawówki. Co gorsza, nie posiadają kluczowej dzisiaj umiejętności nie tyle kwestionowania faktów, ile weryfikowania informacji. To jest ta umiejętność, której im kompletnie brak. Przyjmują często na wiarę to, co gdzieś usłyszą w internecie i raz przedstawiona na YouTube czy na Facebooku bzdura jest przez nich powielana, a nie weryfikowana, jak to być powinno. Dzisiaj w naszych szkołach jednym z największych problemów edukacji jest to, że dzieci nie uczą się weryfikowania przedstawianych im informacji. Wręcz przeciwnie, przekonujemy je, że nauczyciel jest osobą kompetentną, nieomylną, a to, co powie i wskaże w podręczniku, jest wiedzą absolutnie pewną. Niestety po skończeniu szkoły ci sami uczniowie reagują w ten sam sposób na otaczający nas świat. Jeśli ktoś coś powie, wydaje się nam mądry, to wydaje się to prawdą, którą należy głosić. Stąd biorą się właśnie te wszystkie bzdury, które ludzie później powtarzają. Co należy z nimi robić? Na pewno nie należy pozwalać im na funkcjonowanie. Takich ludzi należy piętnować, eliminować z życia internetowego, dawać im bany na profilach, które wykorzystują do publikacji takich treści. Czasami niektórzy próbują wchodzić z nimi w polemikę. Ja sam próbowałem to robić, mając nadzieję, że może przyniesie to oczekiwany skutek i będę w stanie kogoś przekonać. Niestety, w dyskusji, która opiera się nie na weryfikowaniu faktów, ale przyjmowaniu ich na wiarę, mamy do czynienia bardziej z religią niż z nauką. Nie jesteśmy w stanie przekonać osoby wierzącej, że Boga nie ma i tak samo osoby niewierzącej, że on istnieje! To nie jest dyskusja merytoryczna. Osoby, które wyznają teorię płaskiej Ziemi, niestety są nie do przekonania, bo nie posługują się żadnymi faktami czy sprawdzonymi informacjami. Nie wiem, co należy z nimi finalnie zrobić. Osobiście przyjąłem taktykę ośmieszania ich. Po pierwsze mam z tego trochę frajdy, po drugie strasznie ich to irytuje. Może pokazanie, że nie są oni w stanie merytorycznie dyskutować, da jakiś efekt. Jest to bardzo trudny temat, z którym nasz świat się teraz boryka. Warto zauważyć, że takie zjawiska jak płaska Ziemia czy inne teorie, wydają się nam niegroźnymi fanaberiami, ale znajdują swoje odzwierciedlenie w rzeczywistości. Ich podłoże jest takie samo jak podłoże powszechnie komentowanego zjawiska fake newsów, czyli informacji na bardzo różne tematy, których nikt nie weryfikuje. Pojawiają się na portalach, więc są przyjmowane za pewniaki. Takie działania doprowadziły, chociażby do wygranej w wyborach w USA, gdzie prezydent został wybrany w kampanii, w której nieprawdziwe informacje rozsiewane były na każdym kroku. Kto wie, czy to nie te emocjonalne internetowe przekazy nie zdecydowały o ostatecznym wyniku. To bardzo poważny problem współczesnego świata, choć wydaje się pewną błahostką.

Organizujesz też liczne wyprawy, które relacjonujesz właśnie na stronie Z głową w gwiazdach. Co najbardziej chciałbyś pokazać swoim widzom? Masz jakąś wymarzoną wyprawę albo zjawisko, które chciałbyś przedstawić na żywo?

Dzisiaj pokazywanie czegokolwiek na żywo jest już na tyle proste, że trudno o czymkolwiek takim marzyć. Jedyne, czego można teraz chcieć, to tego, by technologia była nam bardziej przyjazna i sprzyjająca. Okazuje się, że obecnie największą trudnością w pokazaniu niezwykłego zjawiska wcale nie jest dotarcie na miejsce w odpowiednim czasie, wyczekiwanie ani nawet przygotowanie sprzętu. Zdradziecki okazuje się zasięg. Najciekawsze z obserwowanych zjawisk są atrakcyjne między innymi dlatego, że mało osób je ogląda, a to dlatego, że są widoczne z miejsc, gdzie nie żyje zbyt wiele osób. Obserwowanie zorzy polarnej z Arktyki wcale nie jest prostym zajęciem, podobnie jak oglądanie zaćmienia Słońca z pięknego amerykańskiego stepu. Trudno tam nawet prowadzić rozmowę telefoniczną a co dopiero relację internetową. Bardzo chciałbym mieć jeszcze raz sposobność zrobienia transmisji z całkowitego zaćmienia Słońca, z wykorzystaniem lepszego zasięgu. Najnowsze przepisy Unii Europejskiej ułatwiają również przeprowadzenie podobnego zabiegu z zorzą polarną podczas kolejnej wyprawy na Islandię. Chciałbym zobaczyć obrączkowe zaćmienie, którego jeszcze nie widziałem, a które chciałbym pokazać innym. Nie miałem też okazji obserwowania nieba południowego. To wciąż przede mną.

Co skłoniło Cię do tego, by ruszyć z projektem Z głową w gwiazdach i działać w ten właśnie sposób?

Przez osiem ostatnich lat pracowałem w warszawskim Centrum Nauki Kopernik, które było dla mnie niezwykłą szansą na rozwinięcie skrzydeł jako popularyzator nauki. Praca w instytucji ma jednak swoje ograniczenia. Robisz to, co chce robić Twój pracodawca. Możesz robić to w pewnych określonych ramach, na które pozwala Ci taka posada. Jeśli masz głowę pełną pomysłów i jesteś osobą kreatywną, której czasem ciężko usiedzieć w jednym miejscu, to może to być jednak dla ciebie za mało. Chciałem robić kilka rzeczy naraz i nie zawsze mi się to udawało. Chciałem gdzieś pojechać i zrobić internetową transmisję, ale okazało się, że nie mogę w tym czasie otrzymać delegacji. Wziąłem więc urlop i pojechałem całkiem prywatnie, robiąc to samodzielnie. To był kolejny przełomowy moment w moim życiu. Kiedy starałem się o współpracę z kimś, napotykałem na niewidoczną ścianę i postanowiłem robić coś całkowicie sam. Działało to znakomicie. Chciałem mówić o astronomii w sposób, który osobiście uznaję za najlepszy, a który nie był do końca grzeczny. Czasem pozwalałem sobie na zbyt wielką swobodę, ale wiedziałem, że występuję tam ja: rozczochrany Karol Wójciki, a nie Karol Wójciki pracujący w dużej instytucji, którą tak naprawdę reprezentuję i której powagę trzeba umieć zachować. Stąd pomysł na założenie własnego profilu popularno-naukowego. Jak widać, był to dobry wybór, bo dzisiaj jest to mój główny kanał komunikacyjny, jeśli chodzi o astronomię, dzięki któremu mogę docierać do bardzo dużej grupy ludzi.

Co daje Ci największą satysfakcję z działalności tego projektu? Co udaje się najlepiej?

Mało się o tym mówi i może się teraz komuś narażę, ale jestem zdania, że zarówno dziennikarze, jak i popularyzatorzy nauki, którzy robią coś dla ludzi, powinni być osobami nieco próżnymi. Ja jestem próżny. Lubię czytać swoje teksty i reakcje ludzi na swoje teksty. Patrzę na ich zaangażowanie, na to, że to im się posoba, uznają, że robię coś fajnego! Ktoś może powiedzieć, że próżność to zła cecha. Ja uważam, że u osoby zajmującej się pisaniem dla innych i popularyzowaniem treści jest bardzo dobrą cechą. Pozwala kontrolować naszą działalność, oceniać czy jest dobra, czy też nie i czy podoba się ludziom. Dążymy do tego, by jak najbardziej przypadło im to do gustu, szukamy poklasku u innych. Jeśli jest coś, co najbardziej mnie nakręca, to są to właśnie reakcje ludzi na to, co robię, a zwłaszcza te pozytywne. Kiedy piszą, że coś im się bardzo podoba, że na bazie tego, co im pokazałem, sami wyszli popatrzeć w nocne niebo albo oglądają moje transmisje na żywo. To jest właśnie największy sukces. Ktoś może powiedzieć, że sprawdzanie liczby lajków na Facebooku jest żenujące, ale gdy pod własnym zdjęciem zaćmienia albo Drogi Mlecznej widzi się kilka tysięcy łapek w górę i mnóstwo udostępnień… to rzeczywiście działa. I daje przysłowiowego kopa, zachęcając do dalszej pracy.

Wspominałeś, że prowadzisz w szkole zajęcia dla najmłodszych. Możesz powiedzieć, jak wygląda przekazywanie takiej wiedzy dzieciom z podstawówki?

Nie ma co stawiać na głęboką merytorykę. Dzieci mają z profesjonalną wiedzą niewiele wspólnego, chociaż swoją wiedzą potrafiłyby zagiąć niejednego dorosłego. W pierwszych latach szkoły dzieci szukają zainteresowań, są ciekawe świata. Czasem szkoła zabija w nich to uczucie. Jeśli takie dziecko ciekawi na przykład Enceladus, to nie powinniśmy mówić mu o jego średnicy, temperaturze, itp., ale pokazać zdjęcia kraterów, filmy, wszelkie dziwactwa mogące wywołać radość. Pokaż, że na Merkurym można znaleźć kształt Myszki Miki, pokaż, że jeden z księżyców Saturna przypomina do złudzenia Gwiazdę Śmierci, którą wszystkie dzieciaki znają! Chodzi o to, żeby pokazywać rzeczy, które sprawią, że te dzieci powiedzą „WOW!”. Nie mam zamiaru uczyć ich astronomii, ja staram się je nią zaciekawić. Jeśli się uda będą namawiać rodziców na jakąś książkę, na puszczenie programu w telewizji. Uzupełniają tę wiedzę. Dzieci należy tak naprawdę zaciekawiać, a nie edukować. W czasie czterdziestu pięciu minut trudno zagłębić się dokładnie w jakiś temat. Staram się pokazywać im ciekawe rzeczy. Robimy na przykład własne kratery w mące posypanej kakao. Dziecko ma później powiedzieć: „Ale to było super!”, a nie „Ale to było mądre.” To moim zdaniem klucz do udanego prowadzenia takich zajęć.

Fanpage: Z głową w gwiazdach
Strona internetowa: zglowawgwiazdach.pl

 

Autor

Kamil Serafin
Kamil Serafin