Twórczość Andy’ego Weira ma dla mnie szczególne znaczenie. Śmiało mogę powiedzieć, że przeczytanie dwa lata temu Marsjanina diametralnie zmieniło drogę, którą obrałem w życiu. Opowieść o porzuconym na Marsie Marku Watney’u, mimo iż powszechnie uznawana za science-fiction, więcej miała jednak wspólnego z literaturą popularnonaukową niż fantastyką. Książka wywarła na mnie duże, wprost ogromne wrażenie. Dziś zajmuje honorowe miejsce na mojej półce, podobnie jak i jej ekranizacja, która, choć niepozbawiona wad (w końcu reżyserował ją podstarzały już Ridley Scott, który uważa Obcy: Przymierze za udane dzieło) to oddała klimat powieści wzorowo. Niech nikogo zatem nie dziwi fakt, że Artemis kolejnej powieści Weira, wyczekiwałem niemal z olbrzymią niecierpliwością.

Co jest najlepsze w stylu i narracji obu powieści autora (który, co warto zaznaczyć, pracował również jako programista i naukowiec w… fabryce broni jądrowej)? To połączenie akcji z wiernością nauce, humoru z dramatem i lekkości języka z jednoczesnym zachowaniem powagi, kiedy jest ona potrzebna. Czytelnik siedzi nad książką godzinami, nie zwracając najmniejszej uwagi na upływ czasu, który w obliczu poznawanej historii zaczyna być dla niego najzwyczajniej obojętny. Co ma kogo obchodzić świat realny, kiedy trzeba ratować miasto na Księżycu. A w zasadzie nie ratować, tylko demolować. Ale po kolei.

Tym razem Weir stawia w centrum akcji kobietę – młodą muzułmankę Jazz Basharę, przedstawicielkę biedoty w Artemis. Jazz jest inteligentna, Jazz jest wścibska, Jazz lubi sprawiać kłopoty władzom w mieście. I Jazz chce zarobić. Dobrze się domyślacie, z tego połączenia wyniknie niewiele dobrego dla naszych bohaterów. My za to będziemy się świetnie bawić, śledząc ich dalsze losy, raz się śmiejąc, a raz w napięciu kartkując kolejne strony w oczekiwaniu na szczęśliwe dla wszystkich zakończenie. To jedno wielkie heist movie, przeniesione na papier i podrasowane do granic możliwości przez wierności nauce i prawom fizyki. Akcja rozwija się tu z prędkością rakiety kosmicznej, pędząc na złamanie karku, nie dając nam odetchnąć ani na chwilę. Momentami jest to nawet męczące. Chciałoby się, by wszystko na chwilę zwolniło i dało nam czas na zebranie myśli. Nie ma co jednak na to liczyć, więc pozostaje tylko wsiąść do księżycowego pociągu i dać się porwać wirowi wydarzeń. Odpoczniemy, dopiero gdy ten się zakończy.

Mimo wszystko, to jednak nie Marsjanin. Artemis, choć jest powiewem świeżości na rynku literatury przygodowej, oparte jest na znanych schematach. Czy to źle? Niekoniecznie, albowiem jest to niemal niewyczuwalne. Historia nie jest banalna i przewidywalna, stale nas zaskakuje i podsuwa coś, co będzie paliwem dla naszego zainteresowania przez najbliższe strony. Nie oczekujcie jednak, że uznacie to za tak przełomowe dzieło jakim były losy osamotnionego Marka Watneya. Choć patrzymy w o wiele dalszą przyszłość (koniec końców perspektywa kolonii na Księżycu jest o wiele bardziej odległa od wysłania człowieka na Marsa) to mamy wrażenie, że wracamy tu często do problemów trapiących dzisiejszy świat. Jak widać, zdaniem Weira staną się one jeszcze poważniejsze. Przeludnienie, ubóstwo, wykorzystywanie najniższych warstw społecznych, globalizacja… to jedynie przedsmak tego, co nam tu zaserwuje.

Czy warto zatem sięgnąć po Artemis? Głupie pytanie, oczywiście, że tak! Czy warto jednak oczekiwać, że to dzieło na miarę Marsjanina?… Niekoniecznie. To z pewnością jedna z najciekawszych pozycji na tegorocznym rynku, która w pełni zadowoli każdego fana tego rodzaju historii. Weir dał nam już jednak coś o wiele lepszego kilka lat wcześniej i wątpię, by kiedykolwiek udało mu się wydać coś na podobnym poziomie. Nie oznacza to jednak, że mu w tym nie kibicuję.

Tytuł: Artemis
Autor: Andy Weir
Wydawca: Wydawnictwo Akurat
Stron: 416
Data wydania: 22 listopada 2017

Source :

Movies Room

Autor

Kamil Serafin
Kamil Serafin